|
| Opis Wyprawy | Galeria Zdjęć | Wyprawy | English | Napisz do mnie |

Podróż do Indii tliła mi się w mojej świadomości od ok. 10 lat. Do wyprawy zachęciła mnie znajoma z okresu studiów. Odwiedzając ją byłem pod wrażeniem opowiadań, pamiąteczek i kuchni indyjskiej w jej wydaniu. Po powrocie z Peru, Indie stały się priorytetem. Jednak musiały minąć trzy lata zanim wyruszyłem. Wyjazd poprzedziła lektura przewodnika i stron internetowych.
W poniższej relacji nie znajdziecie dokładnych informacji na temat oglądanych zabytków, religii czy też zwyczajów Hindusów i Nepalczyków. Tych informacji poszukajcie proszę na innych stronach internetowych czy też w publikacjach książkowych. Poniżej opisuję moją wyprawę do Indii i Nepalu. Postanowiłem podzielić się subiektywnymi wrażeniami z miesięcznego pobytu w egzotycznych krajach. Poza tym umieściłem praktyczne informacje, które pomogą wam w organizacji wyjazdu na subkontynent.
W opisie często podaje ceny w indyjskich (IRP) lub nepalskich (NRP) rupiach. Orientacyjne kursy wymiany: 1 USD - 45 IRP - 72 NRP, 1 PLN - 12 IRP - 20 NRP
Do Delhi polecieliśmy Aeroflotem (bilet powrotny 2100zł). W sumie lot trwał ok. 7-8 godzin z przesiadką w Moskwie. O 3 w nocy wylądowaliśmy na lotnisku Indiry Gandi. Po opuszczeniu samolotu poczuliśmy słynny delhijski smog. Powietrze śmierdzi spalinami silnikowymi i innymi przemysłowymi zanieczyszczeniami. Smog jest tak duży, że w ciągu dnia promienie słoneczne nie mogą się przez niego przebić. Bez problemu można patrzeć na tarczę słońca w najbardziej pogodny i bezchmurny dzień.
Na lotnisku musieliśmy wypełnić 'Immigration Declaration' - kupę pisania bez sensu. Po dokonaniu formalności paszportowych zamówiliśmy taksówkę pre-paid do Hotelu Anoop. Niestety kierowca zamiast zawieźć nas bezpośrednio do hotelu zboczył do obskurnego budynku w szemranej okolicy. Z budynku wyszedł gościu, który zaczął nam stanowczo odradzać Anoop Hotel ze względu na narkotyki. Rozmowa bardzo szybko przerodziła się w ostrą kłótnie. Po kilku minutach cwaniaczek ustąpił i taksówkarz zawiózł nas do hotelu Anoop. Gdy dojechaliśmy na miejsce bezczelny kierowca zaczął upominać się o napiwek. Nie przebierając w słowach powiedziałem mu co myślę o jego usłudze.
W końcu, ok. 5 rano byliśmy w hotelu.
Dostaliśmy dwuosobowy pokój z łazienką, ciepłą wodą i telewizorem za
350 IRP. Była to najwyższa cena jaką zapłaciliśmy w Indiach za nocleg. 
Hotel Anoop znajduje się na terenie Main Bazar. Po wąskich uliczkach bazaru ludzie, krowy, motory, riksze i samochody poruszają się wzdłuż ustawionych kramów z różnego rodzaju towarami. Na drogach panują następujące zasady pierwszeństwa: krowy, pojazdy silnikowe, riksze rowerowe i ludzie. Powietrze poza smogiem wypełniają zapachy jedzenia serwowanego w restauracjach lub bazarowych budkach. Na ulicach jest mnóstwo śmieci i trochę krowich odchodów. Pozytywnym zaskoczeniem było umiarkowane natręctwo miejscowych handlarzy. Umiarkowane w porównaniu z arabami. Niemniej jednak dla turystów, którzy wcześniej nie zwiedzali państw arabskich, ta bezpośrednia reklama w połączeniu z wszechobecnych żebractwem może być bardzo denerwująca.
Po pierwszym kontakcie z 'hinduską ulicą' pojechaliśmy rikszą ( 40 IRP) do National Museum. Podróż była emocjonująca. Na drogach nie ma żadnych zasad. Kierowcy bardzo często używają klaksonów. Po kilkudziesięciu minutach dotarliśmy do celu. Muzeum Narodowe prezentuje historie Indii od epoki brązu po XX wiek. Oglądaliśmy rzeźby, płaskorzeźby, obrazy, ubiory i uzbrojenie Hindusów. Można też zobaczyć fragmenty hinduskich budowli.
Po 2 godzinach zwiedzania solidnie zgłodnieliśmy. Na obiad udaliśmy się do przyzwoitej hinduskiej restauracji. Pierwszym miejscowym posiłkiem było oczywiście wegetariańskie thali. Był to w zasadzie jedyny wegetariański posiłek, który mi bardzo smakował. Później próbowałem innych wegetariańskich dań i prawie zawsze byłem rozczarowany. Cóż potrawa bez kawałka mięsa jest dla mnie jedynie przystawką do obiadu. Wieczorem wróciliśmy do hotelu i dzień zakończyliśmy wyśmienitą herbatą z cytryna imbirem - gorąco polecam.
Kolejny dzień poświęciliśmy na załatwianie formalności związanych z podróżą do Nepalu. Kupno biletu lotniczego z Delhi - Kathmandu - Waranasi zajęło ok. 3 godzin i odchudziło portfel o prawie 250 USD. Resztę dnia spędziliśmy na spacerze po New Delhi. Wieczorem wykupiliśmy wycieczkę objazdową po Delhi (100 IRP).
Następnego dnia z samego rano dołączyliśmy do turystów z różnych rejonów Indii i kilku 'białasów'. Wycieczka zaczęła się od zwiedzenia świątyni hinduskiej. Duży kompleks wypełniony był turystami i wiernymi. Przed świątynią musieliśmy zdjąć buty (jak się okazało później, aby wejść do większości świątyń buddyjskich, hinduskich, muzułmańskich czy sikhijskich należy zdjąć buty). Pomieszczenia świątyni wypełnione były obrazami, rzeźbami bóstw hinduskich oraz symbolami religijnymi np. swastykami. Swastyka w kulturze i religii hinduskiej oznacza szczęście i ten symbol wywodzi się właśnie z Indii.
Po zwiedzeniu świątyni zafundowano nam
przejazd autokarem po New Delhi. Z okien autobusu oglądaliśmy dzielnicę
ambasad i domy miejscowych bogaczy. Objazd zakończył się przy łuku
triumfalnym. Oglądaliśmy z zewnątrz parlament indyjski i inne budynki
rządowe. Część tych budynków była strzeżona przez uzbrojone w broń
ciężką posterunki wojskowe. Jednym słowem władza dla i z ludem.
Później pojechaliśmy do mojego ulubionego zabytku w Delhi (w zasadzie kilkanaście kilometrów od Delhi) - Qutab Minar. Muzułmański kompleks z XIII wieku z 72 metrową wieżą - Qutab Minar. Kompleks stanowi mieszankę architektury muzułmańskiej i hinduskiej. Zabytek ten wybudowano w miejscu indyjskiej świątyni. Pozostałością po starożytnych świątyniach hinduskich jest Iron Pillar wybudowany ok. 1600 lat temu. Żelazny słup został zrobiony z takiej mieszanki składników, że do dnia dzisiejszego nie ma na nim rdzy. Do tej pory naukowcy nie potrafią wyjaśnić jak w IV wieku naszej ery ówcześni hutnicy mogli uzyskać takiej jakości żelazo.
Na koniec zawieziono nas do współczesnej świątyni Lotosu. Jest to przepięknie położona świątynia, w której modlą się wyznawcy wszystkich religii. W środku nie ma żadnych symboli religijnych.
W między czasie organizatorzy wycieczki zafundowali nam wypad do miejscowego centrum handlowego z hinduskimi tekstyliami, biżuteria i pamiąteczkami.
Ostatni dzień poświeciliśmy na zwiedzanie Old Delhi. Dołączyła do nas poznana dzień wcześniej Kanadyjka. Przyjechała ona na 3 miesięczne praktyki zawodowe w Jaipurze.
Zaczęliśmy od Red Fortu ( 2 USD). Budowla robi znacznie lepsze wrażenie z zewnątrz niż wewnątrz. Szczególnie nieciekawe były muzea. Większość budynków w kompleksie można było oglądać tylko z zewnątrz. Moim zdaniem nie warto wydawać 2 dolarów na wejście do środka.
Później udaliśmy się na bardzo męczący spacer wąskim ulicami Old Delhi. Dzielnica jest bardzo hałaśliwa, zatłoczona i brudna. W czasie spaceru zwiedziliśmy świątynię sikhijska i Jama Masjid.
Przed wejściem do świątyni sikhijskiej trzeba było założyć okrycie na włosy i opłukać nogi!. Wnętrze świątyni zdobił pozłacany ołtarz i bogato zdobione żyrandole. Wierni modlili się w siedząc 'po turecku'. Wydawano również darmowe posiłki - jednak nie skorzystaliśmy.
Jama Masjid - największy meczet w Delhi dla 25 tysięcy wyznawców islamu. Tylko część świątyni jest pod dachem. Wchodząc do niej w hałaśliwych ulic Old Delhi w pierwszym momencie delektowałem się panującą tam ciszą. W jednej z części świątyni duchowny muzułmański nauczał wiernych. Słuchali go z bardzo dużym zainteresowaniem. Część muzułmanów modliła się, inni po prostu spali na posadzkach.
Podróż powrotna tuk-tukiem trwała ok. godziny. Jechaliśmy w ogromnym korku, a kierowca bez przerwy używał klaksonu. Gdy znalazłem się w hotelu byłem wykończony. Ostatni dzień w Delhi zakończyliśmy wspólnym z Kanadyjką obiadem i krótkim spacerem po Main Bazar. Umówiliśmy się na spotkanie za 3 tygodnie w Jaipurze. Następnego dnia z samego rana pojechaliśmy taksówką na lotnisko. Tym razem zapłaciliśmy 170 IRP + tip dla kierowcy. Po przejściu skrupulatnej procedury bezpieczeństwa wylecieliśmy z Delhi.
Lecąc do Nepalu z samolotu mogliśmy podziwiać panoramę Himalajów. Szkoda, że zachmurzone niebo przeszkadzało w pełni delektować się tym widokiem.
W Kathmandu czekała na nas przykra niespodzianka. Wiza zamiast 15 USD kosztowała 30 USD. Taksówką (2USD) pojechaliśmy do hotelu Pacifist. Wynajęliśmy pokój z łazienką i ciepła wodą za 250 NRP.
Poszliśmy na pierwszy spacer po stolicy. Bardzo szybko okazało się, że Kathmandu to 'cywilizacja' w porównaniu z indyjskim syfem. W mieście jest bardzo dużo świątyń buddyjskich, pagod i stup. Niektóre z nich są zdobione motywami erotycznymi.
Wieczorem przyglądaliśmy się uroczystości religijnej w czasie której zabito i rozebrano woła. Po upieczeniu był jedzony z ryżem przez wiernych.
W czasie pierwszego spaceru po stolicy spotkaliśmy Marka. On i jego dziewczyna byli na rocznym objeździe po Azji. Z Polski dostali się do Indii drogą lądową. Umówiliśmy się na wspólny obiad. Byłem bardzo zaskoczony gdy na obiedzie zjawiło się 6 osób z Polski. Wszyscy przyjechali na co najmniej kilku miesięczny pobyt w Azji. Bardzo ciekawie opowiadali o swoich przygodach w różnych azjatyckich krajach. Mam nadzieje, że po powrocie do kraju część tych opowieści będziemy mogli przeczytać w Internecie. Na marginesie bardzo podniosło mnie na duchu, że są jeszcze ludzie w Polsce, którzy potrafią pojechać na dłuższe wakacje nie martwiąc się o kariery zawodowe. Na obiad jedliśmy potrawy tybetańskie. Wyśmienicie smakowały mi pierożki z wkładem z baraniny i tybetańskie piwo z prosa Tungba. Zwiedzając Nepal koniecznie musicie je spróbować.
Jedzenie w Nepalu było dla mnie wyśmienite,
ludzie sympatyczni i mniej natarczywi niż Hindusi. W trakcie
kilkudniowego pobytu próbowaliśmy różnych potraw. Wszystkie smakowały
wybornie. Szczególnie wspominam pierożki, stek z baraniny i tutejsze
zupki. W restauracjach płaciliśmy za dwudaniowy obiad ok. 200 NPR.
Potrawy w Nepalu znacznie bardziej przypadły mi do gustu niż kuchnia
indyjska.
W kolejnym dniu zwiedzaliśmy Kathmandu. Wspaniałe świątynie buddyjskie są prawie na każdym placu miasta. Jedne są duże, inne bardzo malutkie. Częstym widokiem jest 'ołtarzyk' z figurką liczącą setki lat tuż obok sklepu. Nepalczycy podobnie jak Hindusi są bardzo pobożni. Często wchodzą do świątyń na krótką modlitwę. W trakcie modlitwy dzwonią dzwoneczkami, kręcą młynkami i dotykają świętych posążków. Wyraźnie widać, że życie codzienne jest tylko elementem życia religijnego. Część mieszkańców żyje w tradycyjny sposób np. handlując owocami a inni bardziej pro zachodni nastawieni są na świadczenie usług turystycznych bądź sprzedaż pamiąteczek.
W Kathmandu warto zwiedzić Świątynie Małp(Swayambhunath Stupa). Do dużego i ładnego budynku sakralnego prowadzi ponad 350 schodów. Zarówno w drodze do świątyni jak i wewnątrz kompleksu można spotkać małpy. Niestety są one agresywne, jedna chciała mnie ugryźć gdy podszedłem zbyt blisko. W drodze do świątyni spotkaliśmy kilku mnichów buddyjskich ubranych w pomarańczowe szaty.
Drugi tydzień wakacji rozpoczęliśmy pobudką o 6 rano. Pojechaliśmy do Bhktapur busikiem za 10 NPR. Jednak wejście do miasta kosztowało 10 USD. Ale warto wydać te pieniądze. W centrum jest kilka niezwykle interesujących świątyń buddyjskich. Miasto przypomina skansen, w którym duża część mieszkańców wydaje się żyć w podobny sposób jak ich przodkowie przed wiekami. Tubylcy suszą ziarno na placach miasta, piorą w miskach przy pompach wodnych. Chodząc po ulicach miałem wrażenie, że przeniosłem się do średniowiecza.
Z
Bhaktapuru pojechaliśmy za kilka NRP do Patanu. Za wejście na Durbar
Square zapłaciliśmy 20 NPR. Przy czym pieniądze zbierają tylko przy
głównym wejściu. Wystarczyło obejść trochę plac żeby dostać się za
darmo. Główny plac miasta robi niesamowite wrażenie. Na małym obszarze
jest zgromadzona ogromna ilość budynków sakralnych, w tym 2500 letnie
stupy. Budynki są różnej wielkości, część z nich jest wykonana z
drewna. Wszystkie są pięknie zdobione figurkami religijnymi i różnymi
scenami, również erotycznymi. W Patnie spędziliśmy kilka godzin. Jeśli
interesujecie się religią buddyjską lub kulturą Newarów warto poświęcić
cały dzień na zwiedzanie Durbar Square. Wracając busikiem trzeba uważać
gdzie wysiąść gdyż busiki omijają Thamalu (turystyczna dzielnica w
Kathmandu) i kierują się do odległych dzielnic.
Następnego dnia wyruszyliśmy w Himalaje. Niestety to tylko żart. Niemniej jednak był to piękny dzień w górach z dala od miejskiego gwaru. Pojechaliśmy państwowym autokarem do Nagarkot (2100 m npm). Z turystycznej miejscowości roztacza się zapierający dech w piersiach widok na ośnieżone szczyty Himalajów. Udaliśmy się również na kilkugodzinny spacer po okolicznych wioskach.
Zwiedzając Dolinę Kathmandu obserwowałem zwyczaje mieszkańców. Bardzo wiele rzeczy przenoszą oni na plecach. Widziałem faceta 150 cm wzrostu i raczej drobnej postury, który dźwigał na plecach lodówkę o podobnej do niego wysokości. Nawet nie chcę zgadywać ile taka lodówka może ważyć. W Nepalu jest bardzo duża konkurencja w usługach. Miejscowi businessmani ograniczają koszty do minimum i wychodzą jak najbliżej potencjalnego klienta. Świadczą usługi bezpośrednio na ulicy. Widziałem salon fryzjerski złożony z 2 krzeseł. Na jednym stało lustro, na drugim siedział klient wokół którego kręcił się fryzjer z nożyczkami. Na tej samej zasadzie można się ogolić, wyczyścić buty itp. Nepalczycy są na ogół miłymi i spokojnymi ludźmi (nie licząc handlarzy i naganiaczy). Bardzo chętnie udzielają pomocy w przypadku zgubienia drogi.
Dobiegł końca kilkudniowy pobyt w Nepalu. Na lotnisku dostaliśmy się taksówką (3 USD). W hali odlotów kręciło się więcej ubeków niż turystów. Przy opuszczeniu Nepalu trzeba było zapłacić kolejne 11 USD. Strasznie wkurzyli mnie opłatami administracyjnymi, łącznie 41 USD (30 za wizę i 11 przy wyjeździe z kraju). Myślę, że rząd Nepalu jest na dobrej drodze, żeby naśladować wielkiego brata i pobierać haracz 100 USD + odciski palców. Cóż muszą za coś utrzymywać tych ubeków i kupować amerykańską broń dla armii. Na lotnisku byłem 4 razy przeszukiwany. Przechodząc przez kilka bramek musiałem wyjmować portfel, zdjąć zegarek i nawet pasek od spodni. W tym zakresie nie byłem w żaden sposób wyróżniony. W końcu wsiedliśmy do samolotu. Z okien ponownie podziwialiśmy Himalaje i po godzinie lotu wylądowaliśmy w Waranasi.
Z lotniska pojechaliśmy autobusem (35 IRP) w okolice dworca kolejowego. W hotelu dostaliśmy pokój z łazienką i gorącą wodą. W Waranasi jest podobny syf jak w Delhi, ale naganiacze i kupcy mniej upierdliwi. Na ulicach widać mnóstwo pielgrzymów, którzy wypełniają miejscowe świątynie.
Wieczorem poszliśmy do najbliższej ghaty obejrzeć uroczystość religijną. Młodzi faceci machali piórami, ogniami i w ten sposób oddawali cześć świętej rzece. Trzeba przyznać, że show robił wrażenie. Na koniec zapaliliśmy świeczki i popłynęły one Gangesem. W restauracji niedaleko hotelu zjedliśmy wegetariański obiad. Rozrywką do posiłku były biegające po ścianach jaszczurki i po podłodze myszy.
Ten dzień zostanie w mojej pamięci na długo. Na początek krótkie wyjaśnienie. Ganges jest świętą rzeką dla Hindusów, podobnie jak Waranasi - świętym miastem. Codziennie przybywają tysiące pielgrzymów, żeby woda Gangesu zmyła wszelkie grzechy i przewinienia, a także uzdrawia z różnych chorób i dolegliwości. Wstaliśmy przed 6 rano i popłynęliśmy łódką po Gangesie. Płynąc wzdłuż ghat obserwowaliśmy Hindusów kąpiących się w świętej rzece o wschodzie słońca. Dla jednych kąpiel ta miała charakter ceremonii religijnej, dla innych wydawała się być jedynie zabiegiem higienicznym. Ganges jest bardzo zanieczyszczony. Bezpośrednio do rzeki spływają zanieczyszczenia z 2 milionowego Waranasi. Dodatkowo do rzeki wrzucane są prochy i zwłoki ludzi. Wzdłuż brzegów rzeki gromadzi się różny syf, a wśród niego kąpią się i piją wodę miejscowi i pielgrzymi. Płynąc wzdłuż brzegów zauważyłem w wodzie rozkładające się ciała niemowlaka i kobiety w ciąży. Warto nadmienić, że hindusi palą umarłych. Wyjątkiem są zwłoki dzieci, kobiet w ciąży i ludzi ukąszonych przez kobry. Wrzucane są one bezpośrednio do rzeki. Mimo wszystko rozkładające się ciała wśród ludzi kąpiących się i pijących wodę robią delikatnie mówiąc mieszane uczucie. Po wycieczce łódką poszliśmy zwiedzać miasto.
Większość
ciekawych zabytków położona jest w pobliżu ghat, ale nie one robią
największe wrażenie. Jest to Ganges i jej znaczenie w życiu Hindusów.
Rzeka uważana za ucieleśnienie bogini Gangi wydaję się być bardzo
istotnym elementów w życiu wielu tubylców. Siedząc w różnych ghatach
obserwowałem ludzi modlących się, myjących się, piorących ubrania w
świętej wodzie. Odnosiłem wrażenie, że tak jak przed wiekami, rzeka
jest najważniejszym elementem tej 2 milionowej osady. Chodząc wzdłuż
brzegu widziałem starszych ludzi, którzy leżeli na kocach jakby
czekając na śmierć. Później dowiedziałem się, że moje odczucia były
prawdziwe. Hindusi wierzą również, że śmierć w Waranasi nad brzegiem
świętej rzeki pozwala osiągnąć mokszę czyli wyjście poza krąg
reinkarnacji do lepszego świata (czytaj Nieba).
W Waranasi pali się zwłoki umarłych. Widziałem ten obrzęd przy dwóch ghatach. - dziennie pali się tam do 200 zmarłych. Dostęp do Manikarnika jest utrudniony przez naganiaczy. Kierują oni turystów do punktu obserwacyjnego, gdzie za stosowną opłatą można przez chwilę popatrzeć na całą ceremonię. My trafiliśmy do Harishchandra, mniejszej i mniej popularnej ghaty. Dzięki temu mogliśmy siedząc na ławeczce, kilka metrów od stosów śledzić cały obrzęd.
Ciało jest oczyszczane wodą z Gangesu. Po obdukcji grabarze z sekty nieczystych umieszczają je na stosie. Tamtejszy duchowny polewa ciało olejkami i podpala stos. W pierwszej fazie dodawane są różne płyny żeby bardziej rozpalić ogień. Gdy ogień jest duży i spali się skóra i tłuszcz, grabarze wpychają zwłoki do środka stosu. Robią to za pomocą kija. W czasie tego zabiegu bardzo często odpadają kończyny, pęka rozgrzana czaszka itp. Widok dla ludzi o mocnych nerwach. W środku stosu, w wysokiej temperaturze, spalają się niemal wszystkie kości. Niedopalone resztki typu kość miednicy wrzucane są do rzeki. Ostatnim etapem jest wrzucenie przez duchownego i rodzinę patyczków do wygasającego ognia i ugaszenie go wodą ze świętej rzeki.
Podczas uroczystości brakuje powagi, smutku i zadumy. Wśród palących się stosów wałęsają się dzieci i zwierzęta. Uczestnicy pogrzebu głośno rozmawiają, a nawet kłócą się, czyli typowy hinduski rozgardiasz.
Po pełnym wrażeń dniu przyszła pora na opuszczenie Waranasi. Wychodząc z bagażami z pokoju hotelowego przed drzwiami zobaczyliśmy małpę! Stała kilka metrów od drzwi. Spojrzała na nas obojętnie i odeszła.
Na dworzec pojechaliśmy stosunkowo wcześnie i dodatkowo pociąg spóźnił się ponad godzinę. Czekając w nocy na peronie czułem się jak małpa w zoo. Do Waranasi przyjeżdża każdego dnia dużo pielgrzymów z różnych zakątków Indii, często z małych wiosek. Część z nich nigdy nie widziała 'białego człowieka'. Toteż wokół nas co chwila ustawiało się kilkadziesiąt osób. Patrzyli na nas i wymieniali uwagi. Przyznam, że była to mało komfortowa sytuacja. W końcu przyjechał pociąg. Podróż do Satny przebiegła bardzo przyjemnie w klasie 2A.
W Satnie zmieniliśmy środek komunikacji na autokar. Stan techniczny i wygląd autokaru był beznadziejny, jego silnik pracował jak odrzutowiec przy starcie. Po 4 godzinach jazdy po równie tragicznych drogach dotarliśmy do Khajuraho. Stosukowo szybko znaleźliśmy pokój z ciepłym prysznicem po 150 IRP.
Po zwiedzaniu dużych aglomeracji miejskich
Khajuraho robi wrażenie spokojnego i sympatycznego miasteczka. Główną
atrakcją Khajuraho są 1000 letnie świątynie. Bilet wstępu do najbardziej
interesującego kompleksu świątynnego (tzw. zachodniego) kosztuje 5 USD.
Świątynie są naprawdę wspaniałe. Mają ciekawy kształt i zewnętrzne ściany ze wszystkich stron są zdobione pięknymi apsarami czyli pięknymi kobietami w kuszących pozycjach, scenami z życia codziennego oraz bitwami. Częstym motywem są odważne sceny erotyczne. Prezentowane są różne, czasem ekwilibrystyczne pozycje seksualne. W wielu takich scenkach erotycznych występuję 1 facet z 3 kobietami. Chociaż widziałem również scenkę z 2 facetami, 1 kobietą i klaczą. Mimo tysiącletniej historii świątynie zachowały się wręcz w idealnym stanie.
Popołudniu wypożyczyliśmy rowery (20 IRP za dzień) i pojechaliśmy zwiedzać północne i zachodnie świątynie oddalone kilka kilometrów od Khajuraho. Prezentują się one skromniej niż zachodnie, ale i tak są interesujące. Wschodnie świątynie zdobione są przepięknymi rzeźbami o metrowej wysokości. W czasie wycieczki rowerowej mijaliśmy kilka osad. Miałem wrażenie, że życie tamtejszych hindusów nie zmieniało się od dziesięcioleci.
W drodze do Agry wybraliśmy się na jednodniową wycieczkę do Orchy. Podróż zdezelowanym autobusem trwała ok. 5 godzin. W końcu dojechaliśmy.
Orcha jest to małe, sympatyczne miasteczko z olbrzymim pałacem otoczonym murem. Pałac zdecydowanie lepiej prezentuję się z daleka. Został zbudowany w XVII wieku w stylu muzułmańskim z elementami hinduistycznymi. Budynek ma kilka pięter. W środku wszystkie komnaty są puste i tylko w niektórych zachowały się przepiękne malowidła ścienne przedstawiające maharadżę, mieszkańców, zwierzęta i rośliny. Łatwo sobie wyobrazić w jakim przepychu żyli ówcześni gospodarze pałacu.
Poza pałacem można obejrzeć w Orchy kilka świątyń. Jednak prezentują się one skromniej w porównaniu z tymi w Khajuraho. Z najwyższego piętra jednej ze świątyń roztacza się przepiękny widok na pałac i okolicę.
Po zwiedzeniu Orchy pojechaliśmy w godzinach wieczornych na dworzec w Jhansi. Okazało się, że nie można już zarezerwować sleepera na pociąg do Agry, a II klasa jest z reguły bardzo zatłoczona. Zostaliśmy zmuszeni, żeby zanocować w miejscowych szemranym hotelu, za który zapłaciliśmy aż 275 IRP. Po meczącym dniu zasnąłem jak kamień.
W rezultacie pojechaliśmy do Agry autobusem. W trakcie podróży obserwowałem porządek społeczny w Indiach. W autokarze najlepsze miejsca są w pobliżu kierowcy ( nie wiem dlaczego). W pewnym momencie wsiadł grubas obwieszony dwiema komórkami. Kierowca przegonił pasażera siedzącego na jednym z przedniego siedzenia. Ten szybko ustąpił miejsca z głębokimi ukłonem ważniakowi, którego nazwaliśmy kingiem. Przez kilka godzin siedzący wokół pasażerowie włazili mu w dupę. Nie trzeba było rozumieć Hindi, żeby rozpoznać ich służalcze gesty.
Ok. 15 dojechaliśmy do Agry. Szybko znaleźliśmy pokój z ciepłą wodą i łazienką po 150 IRP. Wcześnie poszliśmy spać gdyż następnego dnia zamierzaliśmy obserwować wschód słońca nad Taj Mahal.
Pobudka o 5 rano i poszliśmy pod bramę
południową. Za wejście do Taj Mahalu trzeba zapłacić 5 USD + 500 IRP.
Okazało się, że początek dnia był mglisty i wschód słońca nad świątynią
miłości nie był niczym nadzwyczajnym. Dopiero o godzinie 10
rozpogodziło się i mauzoleum prezentowało się wspaniale w promieniach
przedpołudniowego słońca. Z zewnątrz budynek jest piękny, dużo uroku
dodaje mu symetria. Precyzyjnie wykonane są zdobienia roślinne, cytaty
z Koranu i pozostałe zdobienia. Taj Mahal jest wykonany z marmuru, a
zdobienia z kamieni półszlachetnych. Wnętrze nie prezentuję się tak
wspaniale jak budynek z zewnątrz. Taj jest otoczony wspaniałym ogrodem,
sadzawkami i fontannami. Niestety fontanny nie działały, a sadzawkach
były jedynie pozostałości wody. W tejże resztce zrobiłem słynne zdjęcie
Taj Mahal w odbiciu wody. Spędziliśmy w sumie kilka godzin delektując
się pięknem świątyni miłości. Wiele osób udając się do Agry jest
nastawionych zobaczyć coś wspaniałego i na pewno oglądając Taj Mahal
nie będą zawiedzeni.
Po porannej dawce wrażeń zwiedziliśmy Agra Fort, kolejne 5 USD. Został zbudowany w XVI w. i stanowił mieszankę stylu muzułmańskiego, hinduskiego i mongolskiego. W późniejszych wiekach został częściowo zniszczony. W ramach Fortu można zobaczyć kilka budynków, w tym harem na 5000 kobiet. Niestety z haremu zostały jedynie puste ściany. Generalnie fort w Agrze jest ciekawszy niż jego odpowiednik w Delhi.
Pociąg z Agry do Jodhpuru spóźnił się 6 godzin. W rezultacie na miejsce dotarliśmy po 3 nad ranem. Wschód słońca witaliśmy na dworcu kolejowym - jednym z porządniejszych w Indiach. Na dworcu można było wziąć prysznic (5 IRP) oraz odpocząć na wygodnych kanapach w biurze turystycznym. Jednak nieprzespana noc bardzo mi doskwierała.
Dzień rozpoczęliśmy od wizyty w przepięknie położonym na wzgórzu fortu Meherangarh (250 IRP). Zwiedzanie zorganizowano w bardzo profesjonalny sposób. Każdy otrzymał walkmana z nagraniem opowiadającym o forcie i jego atrakcjach. W środku fortu było kilka przepięknie zdobionych i zachowanych komnat. Najbardziej podobała mi się tzw. sala przyjemności, w której maharadża oglądał występy tancerek i oddawał się innym przyjemnościom. W forcie za Iron Gate znajduje się 15 odcisków dłoni pozostawionych przez wdowy po maharadży Singhu. W 1843 r. panie rzuciły się na stos pogrzebowy męża i spłonęły żywcem. Miejsce to jest do tej pory przedmiotem kultu.
Po forcie zwiedzaliśmy Jaswant Thanta (30 IRP) - mauzoleum i krematorium maharadży. W Jodhpurze jest również ładny park, gdzie można w spokoju odpocząć od wielkomiejskiego zgiełku.
O 23.15 wyruszyliśmy pociągiem z Jodhpuru do Jaisalmeru. Była to jedyny pociąg, który wyruszył i dotarł do celu punktualnie. Na miejscu byliśmy o wschodzie słońca. Spaliśmy na terenie fortu. Okna naszego pokoju były w murze fortecy zbudowanej w XII wieku.
Po śniadaniu zwiedzaliśmy miasto. Trudno
było oprzeć się wrażeniu, że ten średniowieczny fort jest odbiciem
miast o jakich opowiadała Szeherezada w 'Księdze tysiąca i jednej
nocy'. Szczególnie pięknie wyglądało miasto o zachodzie słońca.
Wewnątrz uliczki są bardzo wąskie otoczone budynkami z ubiegłych
stuleci. Najbardziej okazałymi były havele. Górowały one na innymi
budynkami. W jednej z haveli pokazano nam pokój do spożywania opium.
Równie interesujące były dekoracje budynków i metody ich budowy.
Zwiedziliśmy również przepięknie zdobioną świątynie dżanińską. Każdy
fragment ściany był zdobiony płaskorzeźbami i malowidłami o motywach
religijnych i roślinnych. Poza perełkami architektonicznymi miasto ma
swój trudny do zdefiniowania i niezapomniany bajkowy urok.
Następnego dnia pojechaliśmy na safari organizowane przez biuro turystyczne (130 IRP). Jak to zwykle bywa safari miało bardzo komercyjny charakter. Niemniej jednak półgodzinna jazda wielbłądem po pustynnych wydmach to wielka frajda.
Kolejnym etapem wędrówki był Bikaner. Na miejsce dotarliśmy autokarem. Nocleg znaleźliśmy w przyzwoitym hotelu po 250 IRP.
Centralnym punktem XV wiecznego miasta jest oczywiście stare miasto i znajdujący się tam bazar. Hałas i ogólny tumult towarzyszący handlowi skutecznie zniechęca do dłuższych spacerów. Obejrzeliśmy bardzo ciekawą dżanińską świątynia z czasów powstania miasta,ozdobioną malowidłami przestawiającymi zdarzenia religijne, bitwy, życie codzienne oraz kobiety w powabnych pozach.
Opodal starego miasta znajduje się fort (100 IRP wstęp + 30 IRP aparat fotograficzny). Junagarh Fort powstał w XVI wieku. Oglądaliśmy sypialnie maharadży i jego żon, inne komnaty i przedmioty codziennego użytku. Komnaty i stroje były zdobione szlachetnymi kamieniami. Wszystko wręcz błyszczało od przepychu w jakim żyli ówcześni włodarze miasta.
W innej części miasta znajduje się obecna siedziba potomków maharadży. Lalgarh Palace z XIX w. został podzielony na trzy części: rezydencje, hotel i muzeum. W muzeum (20 IRP) można obejrzeć fotografie i inne pamiątki rodzinne maharadży, czyli nic ciekawego. W sumie można sobie odpuścić zwiedzanie Lalgarh Palace.
Położony jest 30 km od Bikaneru. Przejazd rikszą kosztuje 140 IRP, a państwowym autobusem 20 IRP. Jedyną, ale jaką, atrakcją jest Karni Mata czyli XV wieczna świątynia szczurów (20 IRP). Świątynia jest pięknie zdobiona i ma interesujący wystrój np. drzwi i część ołtarza wykonana jest ze srebra.
Po wejściu do świątyni roztacza się
niesamowity widok setek szczurów biegających po wszystkich
pomieszczeniach budynku. Dreszczyku emocji dodaje fakt, że do świątyni
należy wejść bez obuwia. Przy głównym ołtarzy i w dwóch innych
miejscach ustawione są misy z jedzeniem. Szczury wyjadają z nich
ciasteczka, pieczywo, ziarna zbóż, warzywa i mleko kokosowe. Po
pokonaniu pierwszych odruchów obrzydzenia dla tych zwierząt zauważyłem,
że są bardzo ufne. Udało mi się pogłaskać kilka egzemplarzy. Kilka
innych szczurów przebiegło po moich nagich stopach. Poza turystami
świątynie odwiedzają Hindusi. Gorliwie modlą się i przynoszą gryzoniom
jedzenie.
Zgodnie z legendą świątynia jest poświęcona jednemu z wcieleń bogini Durgi - Karni Macie. Pewnego dnia Karni Mata chciała przywrócić życie dziecku. Nie udało jej się jednak tego dokonać, gdyż Jama - bóg śmierci zawładnął duszą chłopca by odrodzić go w nowej postaci. Uniesiona gniewem bogini ogłosiła, że od tej pory nikt z jej plemienia nie dostanie się w ręce Jamy. Od tego czasu dusze zmarłych najpierw wcielają się w ciała szczurów, by później móc odrodzić się w ludzkiej postaci. Świątynia, szczury i obrzędy zrobiły na mnie ogromne wrażenie.
Zwiedzanie Jaipuru rozpoczęliśmy od pałacu (180 IRP). Kolejny kompleks pałacowy w stylu radżastańskim nie zrobił specjalnego wrażenia. Na uwagę zasługują olbrzymie czary, w których jeden z maharadżów w XIX wieku wiózł wodę z Gangesu w czasie podróży do Anglii.
Interesujące jest również obserwatorium astronomiczne, którego budowę rozpoczęto w pierwszej połowie XVIII wieku. Niektóre przyrządy astronomiczne mają wielkość dwupiętrowego budynku.
W mieście wzniesiono w XVIII wieku Hava Mahal. Ta kilku piętrowa havela ma przepięknie zdobione okiennice. Z najwyższego piętra roztaczał się wspaniały widok na różową część miasta. Panoramę miasta można również podziwiać z minaretu usytuowanego w starym mieście.
Następnego dnia pojechaliśmy do Amberu (50 IRP i 25 IRP za aparat fotograficzny). Majestatyczny fort położony jest na wzgórzu. Robi wrażenie olbrzymiej i trudno dostępnej warowni. Za murami są przepięknie zdobione i dobrze utrzymane komnaty. Niektóre ściany pokryto malutki kawałkami szkła. W słońcu takie sale wyglądają przepięknie. Interesujące są również kolorowe witraże.
I nadszedł czas na gwóźdź programu. Za 100 IRP odbyliśmy kilkunastominutową przejażdżkę na słoniu. Po raz pierwszy w życiu jechałem na słoniu i to na oklep. Bardzo mi się podobało i gorąco polecam jeżeli będziecie mieli kiedykolwiek okazję.
1 USD - 45 IRP - 72 NRP
1 PLN - 12 IRP - 20 NRP
Na
zewnątrz każdego wagonu jest lista, na której można sprawdzić swoje
nazwisko i nr miejsca. Kupno biletu jest koszmarem. Trzeba tłoczyć się
kolejce z Hindusami (nawet, gdy są oddzielne okienka dla cudzoziemców
to i tak jest tam kupa tubylców). W kolejce miejscowi nie stoją tylko
leżą jeden na drugim. Poza tym zawsze kręci się przy okienku grupa
cwaniaczków, którzy chcą kupić bilet bez poniżającego stania w kolejce
(to zapewne ci z wyższej kasty). Byłem świadkiem sytuacji, kiedy do
otworu o średnicy 15 cm, przez który podaję się pieniądze i dostaje
bilet, wsadziło ręce 4 hindusów na raz. Kasjer się wkurzył i zawołał
ochroniarza z bronią, a ten zaczął coś krzyczeć i bydło się wystraszyło
do tego stopnia, że ich ręce zaklinowały się w tym otworze. Sytuacja
była komiczna gdyż przez dłuższą chwilę nie mogli się uwolnić. W każdym
razie bardzo szybko przypomniała mi się Polska za czasów dyktatora
Jaruzelskiego.
Jazda pociągiem ma dwie wady. Wszystkie pociągi, którymi jechaliśmy spóźniły się co najmniej godzinę (może poza jednym wyjątkiem - pociąg do Jaisalmeru). W miarę możliwości podróżujcie pociągami 'Super Fast'. One najmniej się spóźniają.
Towarzyszami podróży są brudasy, którzy wszystkie odpadki rzucają bezpośrednio na podłogę. Po pewnym czasie podróżuję się w stertach śmieci - przede wszystkim dotyczy to klas SL i 2S.
Hindusi często przewożą w pociągach i autokarach, poza torbami podróżnymi, worki wypełnione produktami rolnymi np. ryżem. Często całe podłogi są zapełnione ich 'bagażami'.
Dużą niedogodnością jest podróżowanie w przedziale z dziećmi. Tak jak wspomniałem w większości klas są potrzebne rezerwacje. Przykładowo w SL może podróżować 6 osób. Jednak, jeżeli traficie na rodzinę z 3 dzieci. Nagle okazuje się, że pięcioosobowa rodzina ma wykupione 2 kuszetki. Zgodnie z prawem indyjskim dzieci nie płacą za bilet i nie muszą mieć rezerwacji. Jednak zajmują miejsce. Często Hindusi starają się upakować swoje pociechy na kuszetkach innych pasażerów. W czasie podróży z Agry do Jodhpuru Hindus starał się wmówić nam i innym współpasażerom, że cały przedział należy do jego rodziny. Po kilkunastominutowej kłótni zjawił się konduktor i uświadomił cwaniaczkowi, że należą mu się tylko 2 miejsca. Nasz współpasażer z 5 osobową rodziną ( żona i 4 dzieci) próbował nawet wręczyć łapówkę konduktorowi. Ten jednak spojrzał na niego z politowaniem (może dawał za mało - 20 IRP) i wskazał mu jego 2 miejsca. W rezultacie przez resztę podróży, ok. 7 godzin tłoczyli się w 6 osób na 2 miejscach, co pewien czas spoglądając na mnie z wyrzutem. Podróż nie należała do komfortowych.
Staraliśmy się stołować tylko w miarę porządnych restauracjach. Początkowo zamierzałem po aklimatyzacji pokarmowej spróbować jedzenia z budek na ulicy. Jednak taka uliczna 'restauracja' w Waranasi na długo zniechęciła do takich prób. Na jednej z ulic była publiczna toaleta dla panów, czyli murek, na który można było się odlać. Niestety odpływ był zatkany lub w ogóle go nie było i mocz tworzył ogromną plamę wokół toalety. Na skraju tej plamy Hindus przygotowywał na potrawy. Jego kuchnia cieszyła się dużym powodzeniem u miejscowych. Zapewne uryna dodawała potrawom niezapomniany smak.
Jest to oczywiście w porządku pod warunkiem, że poszczególne usługi
mają odpowiednią jakość. Niestety nie zawsze tak jest. W Jaisalmerze
właściciel hotelu organizował jednocześnie kilkudniowe safari po
pustyni. Ubzdurał sobie, że będzie optymalizował business w 100%.
Wysyłając jedną grupę swoich hotelowych gości na safari, obiecał im, że
po powrocie będą na nich czekały pokoje. Gdy pojechali wynajmował ich
pokoje innym turystom i sprzedawał im safari. Gdy starzy goście
wrócili, nowi jechali na wycieczkę. Wszystko just in time ;). Problem
zaczął się, gdy odmówiliśmy wzięcia udziału w jego safari. Zabrakło mu
pokoju. W dniu powrotu jednej z grup z wycieczki zaczął nas namawiać
żebyśmy skorzystali z jego safari po bardzo atrakcyjnej cenie. Gdy
odmówiliśmy sugerował żebyśmy opuścili pokój. Tu mnie wkurzył i
przypomniałem mu, na jaki okres wynajęliśmy pokój. Zasugerowałem, że
jego problemy mamy w d... - może nie tak bezpośrednio. Obwieszony
biżuterią cwaniaczek wił się jak piskorz, ale ustąpił.
Z drugiej strony wyżej przytoczone relacje między turystami a miejscowymi ograniczają możliwości poznania indyjskich obyczajów i kultury dnia codziennego. Zapewne część Hindusów chciałaby pogadać bez żadnego kontekstu biznesowego, ale trafiają na bardzo ostrożną i często lakoniczną odpowiedź turysty.
Divali jest indyjskim świętem światła i
zwiastuje nadejście hinduskiego Nowego Roku. Nazwa w Sanskrycie oznacza
'rząd świecących się lamp'. Divali jest momentem, gdy światło wkracza
tam, gdzie dotąd dominowała ciemność, nad śmiercią zwycięża życie, nad
złem dominuje dobro. W różnych rejonach Indii ze świętem Divali
związane są rozmaite legendy i obyczaje, a nawet różne postaci bóstw.
Najpopularniejszą, jest opowieść o królu Ramie, który uważany jest za siódme wcielenie boga Wisznu. Po czternastu latach wygnania Rama powrócił wreszcie do rodzinnego królestwa Ajodhja, pokonawszy wcześniej groźnego demona Rawanę, który porwał jego piękną żonę Sitę. Divali to symboliczna celebracja zwycięskiego powrotu Ramy do królestwa.
Festiwal Świateł rozpoczyna się co roku piętnastego dnia hinduskiego miesiąca Aświn - wypadającego zwykle w październiku lub listopadzie - i trwa w sumie pięć dni. Kulminacyjnym momentem rozpoczęcia uroczystości jest zapalanie świateł i pokazy fajerwerków trwające całą noc. Następnego dnia przed domami tubylców pojawiają się ołtarzyki zrobione z krowiego gówna, ciasteczek, świeczek i kwiatków - ciekawe połączenie. W Kathmandu przyglądaliśmy się uroczystości religijnej w czasie której zabito i rozebrano woła. Po upieczeniu był jedzony z ryżem przez wiernych.
Kawaler lub panna na wydaniu dają
ogłoszenie w matrymonialnej gazecie z podaniem m.in. kasty do której
należą. Wstępna selekcja odbywa się na podstawie przynależności do
głównych kast. Później zainteresowani wymieniają się zdjęciami. Jeżeli
zdjęcie jest udane i młodzi są zachwyceni obrazkami następuje
najważniejszy etap selekcji, czyli horoskop. Gdy gwiazdy nie mają nic
przeciw związkowi dochodzi do spotkania. Randki zawsze odbywają się w
obecności członków rodziny. Po 2-3 miesiącach takiej znajomości i kilku
spotkaniach szczęśliwa para bierze ślub. Po ślubie żona z posagiem
przenosi się do rodziny męża. W perfekcyjnej rodzinie żona zawsze jest
u boku męża i czyni wszystko żeby go zadowolić. Facet, widząc starania
żony darzy ją głęboką miłością i szacunkiem. Ponoć kluczem do
szczęśliwej rodziny jest brak egoizmu. Małżonkowie przede wszystkim
dbają o drugą stronę, a dopiero później myślą o własnych potrzebach,
czyli zupełnie odwrotnie niż w 'kulturze zachodu'. W Indiach
praktycznie nie ma rozwodów. Małżonkowie z pokorą przyjmują los jaki
zafundował im horoskop. Inna sprawa, że miejsce rozwódki jest na
marginesie społeczeństwa hinduskiego. Wszyscy łącznie z jej rodziną
gardzą nią.| Opis Wyprawy | Galeria Zdjęć | Wyprawy | English | Napisz do mnie |